Porażka prowokacji na wielkiej szachownicy

Krzysztof Rak

  • Obraźliwa wypowiedź ambasadora Federacji Rosyjskiej Siergieja Andriejewa nie była gafą, czy nieszczęśliwym przejęzyczeniem. Miała sprowokować nowy, znacznie silniejszy etap zimnej wojny z Polską. Nieprzypadkowo Rosjanie wybrali politykę historyczną, albowiem wiedzą, że na jej punkcie Warszawa jest wyjątkowo czuła i da się łatwo sprowokować. Taka propagandowa wojenka miała być koronnym argumentem na to, że Polacy są niedojrzałymi i nieodpowiedzialnymi rusofobami, z którymi żaden kompromis się nie uda. Waszyngton i Berlin uwzględnią taki pretekst, albowiem nie dopuszczając Polski do rokowań ułatwią ich przebieg.

  • Aby zrozumieć rosyjska grę, trzeba wpisać ją w geopolityczny kontekst. Kryzys na Bliskim Wschodzie i fale imigrantów, zalewających Europę, przybliżają czas zawarcia porozumienia pomiędzy mocarstwami zachodnimi i Rosją. Rosja, Stany Zjednoczone, Niemcy i Francja dzielą się wpływami w Europie Środkowej i Wschodniej. Dla Kremla kluczowe znaczenie ma powstrzymanie się Zachodu przed dalszą ekspansją w kierunku wschodnim. Granicą NATO, UE, liberalnej demokracji i państwa prawa musi pozostać Bug. W praktyce oznacza to oddanie Białorusi i Ukrainy pod kontrolę Rosji. Mocarstwa zachodnie żądać będą gwarancji militarnej nietykalności flanki wschodniej Sojuszu Północnoatlantyckiego. Paradoksalnie dlatego, że nie są w stanie i nie mają ochoty jej bronić. Pozwolą także zachować Rosji wpływy gospodarcze w Europie Środkowo-Wschodniej, a przede wszystkim jej uzależnienie od oferowanych przez nią surowców energetycznych.
  • Prowokacja się nie powiodła, ponieważ rząd i opozycja zachowały godną podziwu wstrzemięźliwość zarówno wobec Rosji, jak i wobec siebie.

Ambasador Federacji Rosyjskiej, Siergiej Andriejew, w wywiadzie dla TVN 24 ocenił, że „stosunki polsko-rosyjskie są najgorsze od 1945 roku” i obwinił za to Polskę, która „zamroziła nasze kontakty polityczne, ale i kulturalne”. Ale sedno jego przesłania dotyczyło polityki historycznej: „Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu.”

Misja ambasadora

Ambasador z zasady nie obraża kraju, w którym sprawuje swoją funkcję. Jest rodzajem pośrednika, kanałem komunikacji pomiędzy elitami polityczno-administracyjnymi dwóch państw. W centrali jest rozliczany z dojść, tzn. znajomości z wpływowymi ludźmi. Dlatego zachowuje się i wypowiada niezwykle ostrożnie, tak aby nikogo do siebie nie zrazić. Nieprzypadkowo mówi się czasem, że dyplomata to ktoś, kto gdy życzy źle, to wypowiada to w taki sposób, że brzmi to miło dla ucha odbiorcy. Dyplomata to jednak również ktoś, kto, gdy już musi powiedzieć coś nieprzyjemnego, mówi to w „dyplomatycznych gabinetach”. Nie bez kozery mówi się, że dyplomacja lubi ciszę.

Dyplomacja rosyjska słynie z profesjonalizmu a ambasador jest jej wybitnym przedstawicielem. Obraźliwa wypowiedź Andriejewa nie była więc gafą, czy nieszczęśliwym przejęzyczeniem. Trzeba założyć, że jego niedyplomatyczne zachowanie ma głębszy sens; że wiedział co robi i nie wypowiedział się z własnej inicjatywy, ale na polecenie z Moskwy.

Nihil novi

Warto przy tym zauważyć, że ambasador nie powiedział nic nowego. Jego wypowiedź mieści się w polityce historycznej Kremla, która od lat relatywizuje winę Rosji i Niemiec, a odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej rozkłada także na ówczesne mocarstwa zachodnie oraz Polskę. Ta wizja historii została najpełniej zamanifestowana w słynnym przemówienia Władimira Putina w trakcie obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. W. Putin powiedział wówczas na Westerplatte: „Dziś, obchodząc rocznicę wybuchu II wojny światowej, należy się zastanowić co doprowadziło do tego. (…) Wojna ta ma swój początek w traktacie wersalskim, co doprowadziło do poniżenia Niemiec po zakończeniu I wojny światowej. (…) Należy pamiętać o tym, że współpraca z ekstremistami – mówiąc o II wojnie światowej mówimy po prostu o nazistach i tych, którzy z nimi współpracowali – współpraca z takimi ludźmi doprowadza do tragedii. Nie jest to współpraca, jest to zmowa, która doprowadza do tego, że rozwiązujemy swoje problemy kosztem innych. Dlatego należy pamiętać, że wszystkie próby, które nastąpiły między 1934 r. a 1939 r., czyli umowy, porozumienia, które miały wtedy miejsce, były nie do przyjęcia z moralnego punktu, w praktyce okazały się bezsensowne i tragiczne w swoich skutkach. I właśnie tego typu kroki doprowadziły do tragedii, do wybuchu II wojny światowej. Należy pamiętać o tych błędach, należy uznać te błędy i nasz kraj zrobił to (…) chcemy, by inne kraje również uznawały swoje błędy.”

Skądinąd warto dzisiaj przypomnieć sobie te słowa również i po to, by wspomnieć jak odbierano je w 2009 r., gdy głosy tych, którzy nie mieli złudzeń co do tego, co tak naprawdę powiedział prezydent Rosji kwitowano stwierdzeniami, iż jest to wyraz antyrosyjskiej obsesji.

Dzisiaj nikt już nie ma wątpliwości co do tego, iż Moskwa wykorzystuje historię w bieżącej grze politycznej. Nie jest również przypadkiem, że w tym samym czasie, gdy ambasador Rosji wypowiadał swoje słowa, doszło do zniszczenia przez nieznanych sprawców nagrobków żołnierzy sowieckich w Polsce. Można się w tym dopatrywać ręki rosyjskich służb specjalnych. Tak się bowiem składa, że KGB lubowała się w tego rodzaju prowokacjach w państwach zachodnich w trakcie zimnej wojny. Szczególnie na terytorium RFN.

Wielka szachownica

Aby zrozumieć rosyjska grę, trzeba wpisać ją w geopolityczny kontekst. Kryzys na Bliskim Wschodzie i fale imigrantów, zalewających Europę, przybliżają czas zawarcia porozumienia pomiędzy mocarstwami zachodnimi i Rosją. Zachód doszedł do wniosku, że bez Putina nie da sobie rady. Rosja zaś coraz silniej odczuwa skutki kryzysu gospodarczego. Jej przywódcy mają świadomość, że wskutek spadku cen na surowce energetyczne będzie on mieć chroniczny przebieg. Ugoda z Zachodem pewnie go nie zakończy, ale z pewnością złagodzi jego skutki.

Pierwsze zapowiedzi zbliżenia widać jak na dłoni. Na początku września Gazprom podpisał umowę na budowę gazociągu Nord Stream 2 z koncernami niemieckimi, austriackimi, francuskimi, brytyjskimi i holenderskimi. W ten sposób Rosja będzie mogła podwoić dostawy gazu do Europy Zachodniej. Na razie jednak na ten dodatkowy gaz nie ma popytu. Ale i ten problem zostanie rozwiązany. Unia Europejska właśnie zmieniła zasady handlu pozwoleniami na emisję CO2. Do tej pory regulował je mechanizm rynkowy i były one stosunkowo tanie. Dzięki temu elektrownie węglowe zachowywały rentowność, a gazowe pozostawały nieopłacalne. Tych ostatnich buduje się w Europie coraz więcej, a część z nich, która została ukończona jest obecnie zamknięta. Zaczną one działać w momencie, gdy zezwolenia na emisję CO2 podrożeją i taką administracyjną decyzję podjęła obecnie Unia Europejska. Według ekspertów, już pod koniec obecnej dekady elektrownie gazowe staną się opłacalne, a węglowe będą zamykane. Wiadomo więc, skąd weźmie się popyt na rosyjski gaz płynący nowymi nitkami Nord Stream 2. Wiadomo również kto za to zapłaci. Będą to konsumenci takich krajów jak Polska, którzy w najbliższych latach otrzymają podwyższone rachunki za prąd. Zwiększone zyski ze sprzedaży surowców energetycznych zasilą budżet i gospodarkę Rosji. A to pozwoli W. Putinowi i grupie oficerów leningradzkiego KGB skupionych wokół niego dalej sprawować władzę na Kremlu.

Dealowi gospodarczemu towarzyszyć musi ugoda geopolityczna. Chodzi o ulubiony przez mocarstwa podział stref wpływów. Takie porozumienie nie może jednak być zawarte w obecności kamer i mikrofonów, albowiem kojarzy się praktykami Hitlera i Stalina. Jest również niezgodne z doktryną prawa międzynarodowego, albowiem jego sens sprowadza się do ograniczenia przez mocarstwa suwerenności państw małych i średnich. To, czego nie wypada jednak robić publicznie, w dyplomacji czyni się w zaciszu dyplomatycznych gabinetów.

Rosja, Stany Zjednoczone, Niemcy i Francja dzielą się wpływami w Europie Środkowej i Wschodniej. Ze względu na tajność tych rozmów możemy jedynie spekulować na temat warunków brzegowych ugody mocarstw.

Dla Kremla kluczowe znaczenie ma powstrzymanie się Zachodu przed dalszą ekspansją w kierunku wschodnim. Granicą NATO, UE, liberalnej demokracji i państwa prawa musi pozostać Bug. W praktyce oznacza to oddanie Białorusi i Ukrainy pod kontrolę Rosji.
Mocarstwa zachodnie żądać będą gwarancji militarnej nietykalności flanki wschodniej Sojuszu Północnoatlantyckiego. Paradoksalnie dlatego, że nie są w stanie i nie mają ochoty jej bronić. Pozwolą także zachować Rosji wpływy gospodarcze w Europie Środkowo-Wschodniej, a przede wszystkim jej uzależnienie od oferowanych przez nią surowców energetycznych.

Na drodze do takiego układu jest jeszcze wiele przeszkód, chociażby status Krymu. W tej sprawie będzie trudno o jakiś modus vivendi, ponieważ nawet nieznaczne ustępstwa stron postrzegane będą jako wizerunkowe i prestiżowe porażki.

Rola Polski

Polska nie będzie odgrywać istotnej roli w wypracowywaniu tego porozumienia. Jest państwem średnim z punktu widzenia geograficzno-demograficznego, a jeśli idzie o realny potencjał – słabym. Jednak układ ten bezpośrednio dotyczy jej żywotnych interesów bezpieczeństwa. Jeśli bowiem Białoruś i Ukraina oddane zostaną pod kontrolę Rosji, to ulegnie pogorszeniu jej położenie geostrategiczne i stanie się państwem frontowym. To może być argumentem dla Waszyngtonu i Berlina, ażeby jednak uwzględnić interesy Warszawy i w bardzo ograniczonym zakresie dopuścić ją do tych rokowań. Warszawa, jeśli zostanie dopuszczona do stołu rozmów, musi starannie przemyśleć, jakie propozycje przedłożyć mocarstwom. Z jednej strony nasza ewentualna oferta musi za punkt wyjścia brać nasze interesy – z drugiej – nie może uciekać od realiów, które niestety nie my dyktujemy. To wszystko jednak stanie się wyzwaniem tylko jeśli Polska zostanie zaproszona do stołu rozmów.

Rosjanie nie mają na to żadnej ochoty. Dlatego chcą sprowokować swoistą zimną wojnę z Polską. Nieprzypadkowo wybrali politykę historyczną, albowiem wiedzą, że na jej punkcie Warszawa jest wyjątkowo czuła i da się łatwo sprowokować. Taka propagandowa wojenka będzie koronnym argumentem na to, że Polacy są niedojrzałymi i nieodpowiedzialnymi rusofobami, z którymi żaden kompromis się nie uda. Waszyngton i Berlin uwzględnią taki pretekst, albowiem nie dopuszczając Polski do rokowań ułatwią ich przebieg. Nie mówiąc o tym, że w razie potrzeby będą mogły poświęcić kolejne polskie interesy na rzecz europejskiego pokoju i stabilizacji. Mocarstwa mają bowiem to do siebie, że lubią porozumiewać się kosztem innych.

Dlatego bardzo stonowana reakcja premier Ewy Kopacz i ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny na słowa rosyjskiego ambasadora okazała jak najbardziej na miejscu. I nie ma znaczenia, czy jest ona wynikiem chłodnej kalkulacji, czy kunktatorstwa i oportunizmu. Właściwie zareagował również PiS. Rosjanie liczyli, że partia Jarosława Kaczyńskiego odpowie atakiem wściekłości na spokojną reakcję rządu. I przeliczyli się po raz kolejny. Politycy PiS nie tylko nie zaatakowali, ale nawet oszczędzili słów krytyki swoim rządowym oponentom. Po raz pierwszy od dawna udało się zachować ponadpartyjny kompromis w sprawach polityki zagranicznej państwa. Oby tak było częściej.